ŚWIEBODZICE Jan Wysoczański zna wszystkich: polityków, prokuratorów i sędziów, policjantów i wpływowych księży, nawet złodziei. To wystarczy, by nie obawiać się niczego. Ani skarbówki, ani powolnych i łagodnych sądów.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
ŚWIEBODZICE Jan Wysoczański zna wszystkich: polityków, prokuratorów i sędziów, policjantów i wpływowych księży, nawet złodziei. To wystarczy, by nie obawiać się niczego. Ani skarbówki, ani powolnych i łagodnych sądów. Dla niego milion złotych to nie jest kwota, o którą spierałby się w wycenie swojego majątku.


Czy burmistrz Świebodzic jest najbogatszym reprezentantem władzy lokalnej w Polsce? To wielce prawdopodobne. Pewne jest natomiast, że on sam ma poważne kłopoty z doliczeniem się, co posiada.

Liczymy miliony

- Mam 3 mln złotych i 600 tysięcy dolarów oszczędności, BMW z 2002 roku, dom w Świebodzicach i mieszkanie w Kołobrzegu, działki na Bielanach Wrocławskich i zespół magazynów o powierzchni 5 tys. m2. Nie mam długów, udziałów ani akcji w spółkach - mówił nam Jan Wysoczański kilka tygodni temu, już wówczas wprawiając czytelników gazety w zdumienie.
- Tak mówiłem? Wasza reporterka musiała się przesłyszeć, albo coś źle zanotowała - mówi dziś, gdy orientuje się, że znamy już jego oświadczenie majątkowe, które obowiązkowo wypełnił.
Najprostszy szacunek określa wartość zasobów i dóbr burmistrza na grubo ponad 20 milionów złotych. Nawet oszczędności nieco przybyło. To już 3,5 mln złociszy i 800 tysięcy baksów Dom? Owszem, 370 metrowa chałupka za milion lekką ręką. Niedoszacowane nadmorskie mieszkanko to tylko skromne 300 tys. zł. Magazyny? Raczej potężne hale warte 2 mln euro (prawie 9 mln złotych).

Spółki i limuzyny

Większy problem mamy z doliczeniem się burmistrzowskich limuzyn.
- Ma ich dziewięć - plotkują w mieście. - To bzdura. Coś się ludziom pomieszało - twierdzi nasz bohater, który w oficjalnym dokumencie podaje tylko dwa auta: lexusa (2002) i sportowego merca (2001).
- To co z tym BMW? - dopytujemy.
- Nieporozumienie. Owszem, mam takie auto i jeszcze cztery inne. To własność spółek, które mam - słyszymy po raz kolejny kompletnie zaskoczeni. Miało przecież nie być udziałów w spółkach...
Jednak są. Oficjalnie to tylko 49 procent w spółce KAJA, która w ubiegłym roku przyniosła Wysoczańskiemu skromne 106 tys. złotych (ponadto: 83 tys. zł zarobił w zbankrutowanym świdnickim ŚWUP-ie i 10 tys. na burmistrzowskiej posadzie).
- KAJA to od imion? Jan i... - Karolina. To córka. Ma pozostałe 51 procent udziałów - słyszymy wyjaśnienie. Po chwili dowiadujemy się, że jest i inna spółka, która przez „zapomnienie” nie trafiła do oświadczenia majątkowego. Smal-luke. Czy jakoś podobnie...

Dolary z Chicago

- Kiedy zdecydowałem się kandydować na fotel burmistrza miałem świadomość, że finansowo na tym stracę, bo będę jako burmistrz (8.600 zł miesięcznie, brutto) pracował za kilka razy mniej pieniędzy, niż jako przedsiębiorca. Jednak odpowiedzialność za los mieszkańców miasta, którym zarządzałem przez osiem lat (dwie kadencje lat 1990-1998 - red.), wzięła górę - tłumaczył Wysoczański naszej reporterce. Niewiele brakowało, by minionej jesieni wygrał wybory już w pierwszej turze.
Niezwykła kariera tego 54-letniego postawnego, łysiejącego mężczyzny zaczęła się banalnie. Lata siedemdziesiąte to ośmohektarowe gospodarstwo rolne, siedmioro rodzeństwa, matura (dużo później zaoczne studia) i etat kierownika administracji w zaopatrzeniu. No i ośmiomiesięczny pobyt w Chicago.
Zarobione za oceanem dolary wystarczyły, by pójść na swoje W latach 80-tych jego sklepy, chemiczny i z mrożonkami (to zapomniane już czasy kartek i octu na półkach), były czymś niezwykłym. U Wysoczańskiego było kilka rodzajów mydła, proszek do prania i papier toaletowy. Luksusy rozsypującego się PRL-u.

Senator i paser

W kapitalizm nasz bohater wszedł pewnie, z przytupem. Za przyjacielską namową księdza Stanisława P. wszedł w biznes samochodowy. Merce i ople kradli w Berlinie i Bochum członkowie rodzącej się polskiej mafii: Emilian J. , Krzysztof O., Cezary F., Zygmunt K.
Na parafię, do biznesowego duetu księdza z burmistrzem, auta trafiały jako, zwolnione z cła, kościelne dary. Potem szybko zmieniały właściciela. Wśród sfałszowanych dowodów sprzedaży znalazł się nawet taki, wystawiony na fikcyjnego radzieckiego oficera.
Biznes kręcił się doskonale, aż do wpadki jaką zaliczyli gangsterzy. Niemiecka policja i polscy celnicy wskazali wówczas na Świebodzice. Okazało się, że zarówno Wysoczański, jego żona, syn i przyjaciel w sutanie jeżdżą kradzionymi mercami. Śmierć jednego z gangsterów urwała mafijny wątek rozwojowej sprawy.
Wysoczański był już burmistrzem, a dzięki rozdającemu wówczas karty w wałbrzyskiem Janowi Lityńskiemu, członkiem Unii Demokratycznej i jej senatorem. Senatorski immunitet na długo zablokował możliwości szefów świdnickiej prokuratury.

Jak pan z plebanem

- Jasiowi nikt nie podskoczy. On jest nie do ruszenia - mówiono w mieście. Nie bez podstaw. Na bankietach burmistrza byli wszyscy, którzy powinni: prezydent Wałbrzycha, prokurator wojewódzki, wojewoda, prezes sądu, przewodniczący świebodzickiej rady, komendant policji. Wszyscy po imieniu, rzecz jasna.
Bogactwo Wysoczańskiego kłuło jednak w oczy. Z jego pochodzeniem nie mógł się pogodzić ówczesny szef prokuratury Marek Gabryjelski.
- Marek, nie podskakuj - radził mu ks. Stanisław P. z parafii św. Józefa w Świdnicy. Biznesowy wspólnik Wysoczańskiego wiedział co mówi. Prokuratorski wniosek o uchylenie senatorskiego immunitetu pięciokrotnie wracał do prokuratury. - To prywatna wojna prokuratora. Zaczęli go szczypać, gdy przegrał wybory. Rozmawiałem o sprawie z Aleksandrem Bentkowskim (ówczesny minister sprawiedliwości) - przechwalał się ksiądz-biznesmen.
- Jakie są dowody, że kupiłem jakiś samochód w złej wierze. Jestem w tej sprawie spokojny - przekonywał dziennikarzy Jan Wysoczański.
- Słyszałem, że Wysoczański jest dobrym gospodarzem. Ale ja tu występuję w obronie uczciwości - replikował Marek Gabryjelski.
Ulica stała murem po stronie burmistrza.
- Jak rządzili komuniści, to w mieście było dno. Teraz jest fajnie, kawiarnie, kluby bilardowe, oświetlone parki. Nasz burmistrz to równy gość - wysłannicy „Wyborczej” Anna Bikont i Adam Gierak słyszeli te słowa na okrągło.

Winny i skazany

Akt oskarżenia musiał czekać, aż do... niedyspozycji żołądkowej pewnego posła i ministra. Gdy rząd Suchockiej padł jednym głosem, prezydent Lech Wałęsa wykorzystał to jako okazję do rozwiązania parlamentu. Immunitety wygasły i akt oskarżenia przeciwko burmistrzowi, jego żonie, synowi i księdzu mógł wreszcie (w grudniu 1993 roku) trafić do sądu.
Na pierwszą rozprawę trzeba było jednak poczekać niemal trzy lata. Na wyrok kolejne cztery. Ten prawomocny zapadł jeszcze później. Dopiero w kwietniu 2001 roku.
„Jan Wysoczański świadomie handlował kradzionymi samochodami” - orzekł wrocławski Sąd Okręgowy i skazał ówczesnego radnego świebodzickiej opozycji na dwa lata pozbawienia wolności zawieszając wykonanie kary na trzy lata (skazano także księdza-wspólnika).
W prokuraturze trwały tymczasem dwa kolejne śledztwa związane z burmistrzowaniem naszego bohatera.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!